nie ma tego złego...złotego?

Wpisy

  • wtorek, 22 grudnia 2015
    • M.Zuckerberg chce rozdać 45 miliardów $

      Gdy nikt w nic nie wierzy [APPLEBAUM]Anne Applebaum, przełożył Andrzej Ehrlich 19.12.2015 01:00


      Mark Zuckerberg powinien wydać 45 miliardów dolarów na odrobienie szkód 
      wyrządzonych demokracjom przez Facebooka.


      Anne Applebaum Amerykańska pisarka i publicystka; zdobyła Nagrodę Pulitzera za książkę 
      "Gułag".


      Dyrektor generalny Facebooka Mark Zuckerberg oznajmił, że chce rozdać 45 
      miliardów dolarów. Jestem pewna, że przydadzą mu się rady, jak je wydać. 
      Oto moje: powinien je wykorzystać, aby odrobić straszliwe szkody 
      wyrządzone demokratycznej debacie i cywilizowanej dyskusji na całym 
      świecie.
      Cztery lekcje dobroczynności według Zuckerberga

      Słabe demokracje są najbardziej podatne na przekleństwo Facebooka. 
      Ostatnio brałam udział w spotkaniu ekspertów pracujących w krajach 
      uczestniczących w konfliktach. Byli zgodni: odbudowa narodu - dowolnego, 
      czy to w Libii, czy to w Timorze Wschodnim - wymaga stworzenia ram 
      narodowej debaty. Przywódcy stron muszą co najmniej uzgodnić, dlaczego 
      postanowili zaprzestać walki i co się będzie dziać dalej. Następnie 
      muszą przekazać te uzgodnienia zwolennikom. Jeżeli nie uda się tego 
      zrobić - bo nie ma mediów głównego nurtu, bo Facebook przedstawia 
      sprzeczne wersje prawdy - pokój nie będzie możliwy.


      Biedne demokracje są równie narażone. W krajach, w których nie 
      funkcjonują niezależne media sprawdzające fakty (bo są zbyt drogie, bo 
      internet zniszczył rynek reklam, bo rządy wywierają presję na 
      dziennikarzy), znika też możliwość cywilizowanej rozmowy. Jeżeli w 
      różnych miejscach w sieci pojawiają się odmienne wersje zdarzeń; jeżeli 
      nikt nie potrafi uzgodnić, co się naprawdę wczoraj stało; jeżeli 
      podrobione, zmanipulowane albo kłamliwe sieci informacyjne są wspomagane 
      przez tłumy trolli internetowych, to teorie konspiracyjne - czy to 
      skrajnej lewicy, czy to skrajnej prawicy - nabiorą takiego samego 
      znaczenia jak rzeczywistość.


      Bogate demokracje nie zdawały sobie sprawy, że szybko staje się to też 
      ich problemem. Ilekroć opisywałam w Londynie czy Waszyngtonie zanikanie 
      faktów i rozrost fantazji internetowych, odpowiedź była wyrazem 
      samozadowolenia: jakie to straszne dla tych wszystkich ludzi w Tunezji 
      czy na Słowacji, ale "to nie mogłoby się zdarzyć tutaj". A jednak może 
      się zdarzać; Donald Trump twierdził, że "tysiące" muzułmanów w New 
      Jersey wiwatowało z powodu zniszczenia WTC, a tysiące komentatorów na 
      Facebooku i gdzie indziej pospieszyło w jego obronie. Nieważne, że 
      wiwatów nie było; można teraz żyć w wirtualnej rzeczywistości, w której 
      kłamstwa Trumpa są uznawane za prawdę ukrywaną przed masami.

      Ci, którzy nie żyją w świecie Trumpa, mogą oczywiście znaleźć 
      rozwiązania alternatywne. Ali Amin, nastolatek z New Jersey, tak 
      zachwycił się światem dżihadu online, że "pochłonęła go walka wirtualna, 
      przy odłączeniu się od tego, co prawdziwe". Skończyło się to dla niego 
      wyrokiem 11 lat więzienia za materialne wspieranie grupy 
      terrorystycznej. Takie doświadczenia nie ograniczają się do zwolenników 
      dżihadu. Każdy, kto spędza jakiś czas w alternatywnych światach, do 
      których trafia się za pośrednictwem Facebooka albo Twittera, codziennie 
      może napotkać podobne fałszywe informacje. Korzystaj tylko z 
      odpowiednich kont Twittera, a otrzymasz linki do fałszywych witryn i 
      podejrzanych organizacji podających zmyślone dane statystyczne. 
      Znajdziesz też przyjaciół, którzy w nie wierzą. Jeżeli chcesz, możesz 
      zamieszkać w bańce mydlanej całkowicie oderwanej od jakiejkolwiek 
      rzeczywistości poza tą stworzoną przez blogerów ze skrajnej prawicy, 
      lewicowych anarchistów albo spin doktorów z Kremla.

      Wielu z wymyślających takie rzeczy ma określone cele, jak wybór Trumpa 
      albo rekrutacja ochotników do Państwa Islamskiego. Jednak długofalowe 
      skutki dezinformacji są poważniejsze; prowadzi ona do cynizmu i apatii. 
      Z czasem spowoduje, że nikt w nic nie będzie wierzyć. Ludzie przestają 
      się niepokoić kłamstwami Trumpa, Putina lub PI - bo i tak nie wierzą w 
      to, co czytają. Tyle jest tych śmieciowych informacji, że nie da się 
      dociec, co jest prawdą.

      Nikt jeszcze nie wie, co zrobić z tą przemianą, bo jak dotąd niewielu 
      ludzi w ogóle pogodziło się z tym, że ona rzeczywiście zachodzi, ani nie 
      rozumie, w jaki sposób działa. Oto otwarta przestrzeń dla Zuckerberga: 
      pomóc dziennikarzom, naukowcom, aktywistom i politykom w przywróceniu 
      realiów w debacie publicznej. Być może powinniśmy się uczyć 
      "umiejętności czytania mediów" w szkołach; być może potrzeba nam 
      niezależnych "wskaźników" oceny witryn sieciowych; być może powinniśmy 
      dążyć do zrozumienia psychologii teoretyków konspiracji. Nie wiemy, co 
      zadziała, ale są to pytania za 45 miliardów dolarów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mogewnoge
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 grudnia 2015 22:47